|
|
"Tyle jeszcze do wyśpiewania…”
Na początek - szata graficzna. Andrzej Urny, wydawca koncertowej płyty
Perfectu - "Katowice Spodek Live ' 94" - mówił w "Teraz Rocku": "Ten
zespół nigdy nie miał jakiegoś naprawdę fajnego wydawnictwa,
wyglądającego tak, że przyjemnie wziąć do ręki. Powiedziałem więc sobie:
raz zrobię coś takiego wyjątkowego". Najnowszą płytę Marka Gałązki
również "przyjemnie wziąć do ręki". Okładka zawiera jasny i konkretny
przekaz. Żadnych graficznych szaleństw, zbędnych elementów czy
wysublimowanych metafor - dwa zdjęcia (najbardziej chyba znana
fotografia Steda i olecki bard, "zastygły" z gitarą w przedpiosenkowej
pozie), tytuł, tło. I wystarczy.
Ta płyta jest zupełnie inna niż „Miasto O…” czy „Stacja Sopot”. Pojawia
się zupełnie nowe instrumentarium – skrzypce i kontrabas. To skrzypce
właśnie dodają tym piosenkom uroku – wygrywają pierwszą linijkę („Tobie
albo zawieja w Michigan”, ”Zobaczysz”), znikają, by po chwili znów się
pojawić („Jest już za późno, nie jest za późno”), piłują i świdrują
(„Dwadzieścia lat później”), a otwierając „Życie to nie teatr” brzmią
wytwornie, salonowo, niemalże dworsko.
Pisząc o „wspomnieniowej” płycie Marka Gałązki, chciałbym skupić się na
tych elementach czy rozwiązaniach, które pojawiają się w tych piosenkach
po raz pierwszy. Jeśli więc jakiś utwór będzie się jedynie nieznacznie
różnił na przykład od wykonania w Teatrze Adekwatnym, to spragnionych
dokładniejszych informacji odsyłam do tekstu, zatytułowanego „A tu wciąż
ta sama marynarka…”. Ale kończmy te dywagacje i – jak pisał poeta –
„przenieśmy się wzrokiem do gardła doliny”…
Chóralny śpiew, połączony z pulsującym, delikatnie zaznaczającym swoją
obecność basowym brzmieniem, sprawia, że "Nie brookliński most" brzmi
niezwykle podniośle, ale bynajmniej nie patetycznie. „Piosenkę szalonego
jakiegoś przybłędy” otwiera dobrze znane nam połączenie – gitara i
harmonijka ustna. Sama piosenka grana jest bardzo swobodnie, a śpiewana
- z radością. W podobnym duchu utrzymana jest countrowa, niemal ludyczna
„Ballada o pewnych mariażach i nowszych małżeństwach”. Tekst to nie
tylko socjologiczna obserwacja, ale przede wszystkim bardzo sensualny
(Stachura pisał w swoim dzienniku o „nerwach tuż pod cieniutkim
naskórkiem”), prawie skamandrycki zachwyt światem:
„Obok życie toczy się:
Tę balladę pisze Sted;
Wiatr harcuje w liściach drzew;
Chmury wolno suną niebem;
Pod piekarnią pachnie chlebem;
W knajpie nowa stara śpiewka;
Licho węszy kogo zdeptać;
Niewidzialny rośnie zrąb;
Gdzieś w oddali bije dzwon”
Kiedy słucha się tej piosenki, ma się nie tylko zawrót głowy, wywołany
natłokiem obrazów, ale przeczucie, że zarówno autor tekstu, jak i
wykonawca, to ludzie, których określa się mianem „brata – łaty”.
Ostrzeżenie przed Mammonem natomiast brzmi nie tylko donośniej niż
wykrzyczana kiedyś przez Korę „Żądza pieniądza”, ale także – zwłaszcza
dzisiaj – pozostaje niezwykle aktualne. ”Piosenka dla Juniora i jego
gitary” – optymistyczna, w refrenie grana i śpiewana bardzo szybko. W
zwrotkach natomiast wokal brzmi zupełnie „niegałązkowo”. Jest w tym
sposobie śpiewania pewna przesada, co sprawia, że utwór w sposób
niezamierzony staje się śmieszny. Przypomina wersję słynnego „Epitafium
dla Dylana”, pochodzącą z płyty - koncertu Jacka Kaczmarskiego,
zatytułowanej „Dwadzieścia (5) lat później”. Jacek naśladuje tam
fantastycznie sposób śpiewania tego poety piosenki (Jan Krzysztof Kelus
mówił o Dylanie: ”Raczej beczał niż śpiewał”), lecz sam utwór – w
przeciwieństwie na przykład do „Ciężkiego deszczu” – jest parodią, a nie
hołdem, złożonym autorowi między innymi „Desolation Row”. „Dwadzieścia
lat później” (tu w wersji live), które w Teatrze Adekwatnym było rasowym
bluesem, tutaj – w warstwie wokalnej - jest już tylko zwykłą piosenką.
Brzmi jednak bardzo współcześnie (że też tak nowoczesne dźwięki można
wydobyć z takich tradycyjnych instrumentów…), a całość wieńczy
równoczesny, gitarowy akord, który natychmiast skojarzył mi się z
zakończeniem prawie siedmiominutowej wersji „Nie pytaj o Polskę”,
pochodzącej z płyty Republiki, zatytułowanej „Bez prądu”. Podczas
słuchania kolejnego utworu przypomniała mi się pewna historia. Kiedyś
radiowa „Jedynka” w jednej z audycji odtworzyła koncertową wersję „Are
You Lonesome Tonight?” Elvisa Presleya. I nie byłoby w tym nic
nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nazwano ją „wersją ze śmiechem”. Otóż
coś – być może zachowanie publiczności - tak rozbawiło „Króla”, że -
mimo usilnych prób – nie udało mu się dośpiewać piosenki do końca.
Pozostał zespół, grający swoje oraz perlisty śmiech Elvisa, przerywany
krótkimi „Oh, God…” i „Oh, Lord…”. A co rozbawiło Marka Gałązkę podczas
śpiewania frazy „Albo na młode zboże”? Również nie wiadomo. Większość
wokalistów w takim przypadku wyrzuciłaby cały utwór, uznając go za
wypadek przy pracy. Marek Gałązka tego nie czyni, bo zależy mu na
przekazaniu niezafałszowanego wizerunku zespołu, który już nie istnieje.
I wreszcie prawdziwe opus magnum – „Piosenka dla każdej prawdziwej
guliwerki”. Nie jest to „Stachura podstawowy”, lecz liryczny. To nie
jest – jak mówił występujący w przedstawieniu „Stachura, czyli List do
Pozostałych” Andrzej Chyra – „facet, który czuje się wolny jak ptak, nie
przejmuje się rodziną, biega z gitarą, gdzie go oczy poniosą”. Piosenka
jest bardzo osobistą, intymną niemal wypowiedzią autora, która nie
nadaje się do chóralnego wyśpiewywania przy ognisku. To jedna z tych
piosenek, przy słuchaniu których przerywa się jakąś czynność w połowie,
siada się i słucha, otwierając oczy i usta ze zdumienia, które wywołuje
każda kolejna fraza. To kwintesencja poezji śpiewanej, którą otwierają
smutne skrzypce, a głos Marka G. – gdy śpiewa po raz czwarty „wiecznie
młodego narzeczonego” – porusza się w niespotykanych dotąd rejonach. To
ważna piosenka i bardzo dziękuję Markowi Gałązce, że zdecydował się ją
na tej płycie umieścić. Pojawiające się w niej proroctwa („nieraz
potopem zaleją cię łzy / będziesz rwać włosy z głowy niemocy, rwij /
będziesz z rozpaczy wyć wniebogłosy, wyj”) są – nawet, jak na Stachurę –
dość brutalne i pod tym względem przypominają to, co Jacek Kaczmarski
zapisał w „Pannie”:
„Po stokroć będziesz bezczeszczona,
Spadnie na Ciebie obelg grad.
Własna oczerni Cię obrona,
Nigdy nie przebrniesz Morza Zdrad
Pojawią się krzywoprzysięzcy
Źli, że podlejsi są niż Ty.
Założą Ci na dłonie więzy,
Ramiona schłoszczą Ci do krwi.
Wystawią Cię na pośmiewisko,
Sami się z Ciebie będą śmiać.”
Na tym nie koniec – dalej jest jeszcze gorzej: „Gotowa bądź na grób
zbiorowy”, „Imieniem Twoim gębę wytrze / Złoczyńca, łajdak, żołdak, kat.
/ Rzekną, żeś praprzyczyną zniszczeń / Jakich przez wieki zaznał świat”.
I jeszcze rada: „Pozostań ufna, lecz ostrożna, / Przebiegłym nie
ułatwiaj gry. / Nie będzie mniej żarłoczny pożar, / Jeśli w nim pierwsza
spłoniesz Ty”.
Bardzo długo szukałem odpowiednich słów, które oddawałyby uczucia, jakie
pojawiają się po wysłuchaniu „Trzeciorzędu” Jana Wołka. W końcu zrobiła
to za mnie 25 – letnia Ania, doktorantka socjologii i raperka. W
artykule, zatytułowanym „Piosenki na rozstanie”, a opublikowanym w
„Wysokich Obcasach”, piosenkę PJ Harvey „Down by the Water” podsumowała
krótko: „Czysta depra. Nic, tylko pociąć się w wannie”. Tak ogromne
stężenie czarnej, kleistej rozpaczy i absolutnego braku nadziei jest
również w siedemnastu piosenkach Wołka. „Piosenki Edwarda Stachury…”
natomiast przypominają zaskakująco optymistyczny, wieńczący
„Trzeciorzęd” utwór, zatytułowany „A jednak idę”. Wprawdzie wiele się tu
śpiewa o przychodzeniu z góry do bruku, nożu i żyłach czy smudze cienia,
ale jest to zrównoważone tekstami typu „Piosenka szalonego jakiegoś
przybłędy” czy „Nie rozdziobią nas kruki”. Słuchając tej płyty, możemy
na chwilę przynajmniej zapomnieć o tym, że – jak w „Do Piotrowskiego –
poety” pisał Andrzej Garczarek – „Stachuro Stachuro ty już idziesz górą
/ a nam tu w dolinie gorzko i ponuro…”. Trudno uwierzyć, że ktoś, kto w
swoich piosenkach nieustannie afirmował życie, w dzienniku pisał „Mam 42
lata, a tak się czuję, jakbym dźwigał ich 420” czy – na dziesięć dni
przed swoją śmiercią – „Jak ciężko jest dać ten jeden krok. Od paru dni
wstaję i mówię sobie: Gdybym to zrobił wczoraj, dzisiaj już nie
musiałbym się męczyć”.
Mirosław Czyżykiewicz w rozmowie z Ewą Gil – Kołakowską, zatytułowanej
„Cudne manowce”, a zamieszczonej w książce „Mam jedno oko zielone…”,
mówił:”(…) Dziś każdy interesuje się tym, jak zarobić, jak przetrwać,
jak przeżyć. Lub przeciwnie – jak kupić coś droższego, bardziej
ekskluzywnego i wyrafinowanego…A tu nagle Sted ze swoją oryginalną
filozofią i kosmicznym światopoglądem. On nawiązywał do motywu wiecznego
tułacza, człowieka w drodze, wędrowca, który nie może sobie znaleźć
miejsca, nie może pogodzić się z tą postmodernistyczną rzeczywistością
końca historii…Stachura stworzył nowy polski język. Język uniwersalny,
bo Sted był postacią uniwersalną. Był i jest, ponieważ zawsze pojawiają
się ludzie, którzy poszukują własnej prawdy, szukają własnej drogi
poprzez cudne manowce”. To prawda, lecz ja dodałbym jeszcze coś od
siebie. Jan Krzysztof Kelus napisał w lipcu 1982 roku piosenkę,
zatytułowaną „Przed nami było wielu(czyli Cohen po polsku)”. Oto jej
fragment:
„A może będziesz wolał
gdy wrócisz już z powrotem
śpiewać o nieznajomej
spotkanej w „Chelsea Hotel”
o wszystkich co przed nami
na chwilę przed rozłąką
kochali się w hotelach
kochali się na łąkach…
…a potem ktoś odchodził
choć przedtem się kochali
a ciebie, kurwa, zawsze
zwyczajnie nabierali”
Zmieniają się pory roku i ustroje, ale wciąż ktoś kogoś kocha, ktoś
zdradza, ktoś odchodzi…niech spostrzeżenia Czyżykiewicza i moje będą
odpowiedzią na czyjeś ewentualne pytanie: „Po co w ogóle w XXI wieku
śpiewać Stachurę?”.
Na www.galazka.pl wyczytałem, że w repertuarze „ Po Drodze” znalazły się
między innymi piosenki do słów Ryszarda Milczewskiego – Bruno. Jego
wiersze po raz pierwszy usłyszałem na płycie „Przejazdem” Grupy Sekret
Franciszka. Świetne teksty i fenomenalne wykonanie. Przecież te
wszystkie „gacki upiornych westchnień”, „krowie łaty na płotach”,
„buraków walce”, „lalki lnu”, „wysokie napięcie snu”, „wagoniki krzyku w
bursztynową dal” to jest poezja czystej wody! Cudownie odrealniona,
surrealistyczna niemal, a zarazem bardzo konkretna – za sprawą
majaczących w tle polskich pejzaży. Frazy „malwy szczypią dach konduktor
pies” oraz „morza czerwone światło bez rąk na organkach gra” mogę
skomentować tylko w jeden sposób – cytując Jacka Kaczmarskiego,
zapowiadającego na płycie „Bankiet” słynną „Celinę” Stanisława
Staszewskiego – „Do dzisiaj nie rozumiem, jak można coś tak cudownego
napisać”. My już dawno zatraciliśmy zdolność takiego myślenia o naturze
– tkwimy zamknięci w klatkach ze szkła i stali i drżymy na myśl o tym,
że do naszych sterylnych, nieskazitelnie czystych domostw mógłby się
dostać łyk świeżego powietrza czy – nie daj Boże – jakiś mogący nas
uczulić pyłek.
Wracając do Stachury – te dziewiętnaście piosenek przecież nie
wyczerpuje tematu. Wprawdzie na płycie „Marek Gałązka. Po Drodze
Przystanek Olecko” można posłuchać „Doliny w długich cieniach” czy
„Urodzin”, ale – jak pisał we wstępie do swojego tomiku, wydanego w
serii Biblioteka Bardów, Leszek Wójtowicz – „Tyle jeszcze do
wyśpiewania”. „Czas płynie i zabija rany”, „Tango Triste”, „Błogo bardzo
sławił będę ten dzień”, „Kim właściwie była ta piękna pani…”… wciąż
pamiętam „Wędrówką jedną życie jest człowieka”, zaśpiewane przez naszych
żołnierzy podczas mszy w Camp Babilon po tym, jak w Iraku zabito
Waldemara Milewicza i Mounira Bouamrane…
W czasach, kiedy Marek Gałązka zakładał zespół „Po Drodze”, wypowiadali
się artystycznie tylko ci, którzy mieli coś ważnego do przekazania.
Dzisiaj może mówić każdy, więc na każdym kroku różni „tfurcy” zalewają
nas – jak pisał JK w „Dance Macabre” – „bełkotu breją”. Już nie trzeba
mieć talentu – wystarczy komputer i odpowiedni program do „robienia
muzyki”. Teksty z kolei pisze się na kolanie. Dlatego właśnie trzeba
przypominać światu o istnieniu kogoś takiego, jak Stachura, a także o
takich rarytasach, jak „wspomnieniowa” płyta Marka Gałązki z zespołem
„Po Drodze”.
Tomasz Klauza |
|