PIOSENKI EDWARDA STACHURY ŚPIEWA MAREK GAŁĄZKA

   

   Ukazała się zapowiadana "wspomnieniowa" płyta z piosenkami Edwarda Stachury, które śpiewa Marek Gałązka
z zespołem "Po Drodze" i solo - są to nagrania w cyfrowej wersji pochodzące z wcześniejszych
wydawnictw kasetowych, przygotowane przez Krzysztofa "Kasinę" Kasińskiego dla wydawnictwa ACCORD
SONG. Płyty te będą dostępne w sprzedaży w księgarniach i marketach (w bardzo przystępnej cenie -
około 15 PLZ). Będzie to na pewno gratka dla miłośników Edwarda Stachury i Marka Gałązki.
Niektóre z nagrań nie były w ogóle publikowane. Płytę można zamówić bezpośrednio pisząc na adres:
marek@galazka.pl

Nie rozdziobią nas kruki *.mp3 [1.5 MB]
Z nim będziesz szczęśliwa *.mp3 [1.5 MB]

Lista utworów
TOBIE ALBO ZAWIEJA W MICHIGAN 1 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
CO WARTO 2 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
NIE BROOKLIŃSKI MOST 3 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
BIAŁA LOKOMOTYWA 4 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
ZOBACZYSZ 5 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
BO MOŻE SIE STANIE RAZ JEDEN CUD 6 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
Z NIM BĘDZIESZ SZCZĘŚLIWSZA 7 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
JUŻ JEST ZA PÓŹNO NIE JFST ZA PÓŹNO 8 MARFK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
PIOSENKA SZALONEGO JAKIEGOŚ PRZYBŁĘDY 9 MAREK GAŁĄZKA ' EDWARD STACHURA
BALLADA O PEWNYCH MARIAŻACH I NOWSZYCH MAŁŻEŃSTWACH 10 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
PIOSENKĄ DLA JUNIORA I JEGO GITARY 11 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
WALC NAD MISSISSIPPI 12 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
BALLADA DLA RAFAŁA URBANA 13 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
BALLADA DLA POTĘGOWEJ 14 A.SŁAWIŃSKI/EDWARD STACHURA
DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ 15 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
NA BŁĘKICIE JEST POLANA 16 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
PIOSENKA DLA KAŻDEJ PRAWDZIWEJ GULIWERKI 17 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA
ŻYCIE TO NIE TEATR 18 J.SATANOWSKI/EDWARD STACHURA
NIE ROZDZIOBIĄ NAS KRUKI 19 MAREK GAŁĄZKA/EDWARD STACHURA

W nagraniach udział wzięli:
MAREK GAŁĄZKA - ŚPIEW, GITARA AKUSTYCZNA HARMONIJKA USTNA
ANDRZEJ BORUSZEWSKI - SKRZYPCE
ZBIGNIEW TEREPKO - GITARA BASOWA
BOGDAN SZCZEPAŃSKI - KONTRABAS

 

"Tyle jeszcze do wyśpiewania…”

Na początek - szata graficzna. Andrzej Urny, wydawca koncertowej płyty Perfectu - "Katowice Spodek Live ' 94" - mówił w "Teraz Rocku": "Ten zespół nigdy nie miał jakiegoś naprawdę fajnego wydawnictwa, wyglądającego tak, że przyjemnie wziąć do ręki. Powiedziałem więc sobie: raz zrobię coś takiego wyjątkowego". Najnowszą płytę Marka Gałązki również "przyjemnie wziąć do ręki". Okładka zawiera jasny i konkretny przekaz. Żadnych graficznych szaleństw, zbędnych elementów czy wysublimowanych metafor - dwa zdjęcia (najbardziej chyba znana fotografia Steda i olecki bard, "zastygły" z gitarą w przedpiosenkowej pozie), tytuł, tło. I wystarczy.

Ta płyta jest zupełnie inna niż „Miasto O…” czy „Stacja Sopot”. Pojawia się zupełnie nowe instrumentarium – skrzypce i kontrabas. To skrzypce właśnie dodają tym piosenkom uroku – wygrywają pierwszą linijkę („Tobie albo zawieja w Michigan”, ”Zobaczysz”), znikają, by po chwili znów się pojawić („Jest już za późno, nie jest za późno”), piłują i świdrują („Dwadzieścia lat później”), a otwierając „Życie to nie teatr” brzmią wytwornie, salonowo, niemalże dworsko.

Pisząc o „wspomnieniowej” płycie Marka Gałązki, chciałbym skupić się na tych elementach czy rozwiązaniach, które pojawiają się w tych piosenkach po raz pierwszy. Jeśli więc jakiś utwór będzie się jedynie nieznacznie różnił na przykład od wykonania w Teatrze Adekwatnym, to spragnionych dokładniejszych informacji odsyłam do tekstu, zatytułowanego „A tu wciąż ta sama marynarka…”. Ale kończmy te dywagacje i – jak pisał poeta – „przenieśmy się wzrokiem do gardła doliny”…

Chóralny śpiew, połączony z pulsującym, delikatnie zaznaczającym swoją obecność basowym brzmieniem, sprawia, że "Nie brookliński most" brzmi niezwykle podniośle, ale bynajmniej nie patetycznie. „Piosenkę szalonego jakiegoś przybłędy” otwiera dobrze znane nam połączenie – gitara i harmonijka ustna. Sama piosenka grana jest bardzo swobodnie, a śpiewana - z radością. W podobnym duchu utrzymana jest countrowa, niemal ludyczna „Ballada o pewnych mariażach i nowszych małżeństwach”. Tekst to nie tylko socjologiczna obserwacja, ale przede wszystkim bardzo sensualny (Stachura pisał w swoim dzienniku o „nerwach tuż pod cieniutkim naskórkiem”), prawie skamandrycki zachwyt światem:

„Obok życie toczy się:
Tę balladę pisze Sted;
Wiatr harcuje w liściach drzew;
Chmury wolno suną niebem;
Pod piekarnią pachnie chlebem;
W knajpie nowa stara śpiewka;
Licho węszy kogo zdeptać;
Niewidzialny rośnie zrąb;
Gdzieś w oddali bije dzwon”

Kiedy słucha się tej piosenki, ma się nie tylko zawrót głowy, wywołany natłokiem obrazów, ale przeczucie, że zarówno autor tekstu, jak i wykonawca, to ludzie, których określa się mianem „brata – łaty”. Ostrzeżenie przed Mammonem natomiast brzmi nie tylko donośniej niż wykrzyczana kiedyś przez Korę „Żądza pieniądza”, ale także – zwłaszcza dzisiaj – pozostaje niezwykle aktualne. ”Piosenka dla Juniora i jego gitary” – optymistyczna, w refrenie grana i śpiewana bardzo szybko. W zwrotkach natomiast wokal brzmi zupełnie „niegałązkowo”. Jest w tym sposobie śpiewania pewna przesada, co sprawia, że utwór w sposób niezamierzony staje się śmieszny. Przypomina wersję słynnego „Epitafium dla Dylana”, pochodzącą z płyty - koncertu Jacka Kaczmarskiego, zatytułowanej „Dwadzieścia (5) lat później”. Jacek naśladuje tam fantastycznie sposób śpiewania tego poety piosenki (Jan Krzysztof Kelus mówił o Dylanie: ”Raczej beczał niż śpiewał”), lecz sam utwór – w przeciwieństwie na przykład do „Ciężkiego deszczu” – jest parodią, a nie hołdem, złożonym autorowi między innymi „Desolation Row”. „Dwadzieścia lat później” (tu w wersji live), które w Teatrze Adekwatnym było rasowym bluesem, tutaj – w warstwie wokalnej - jest już tylko zwykłą piosenką. Brzmi jednak bardzo współcześnie (że też tak nowoczesne dźwięki można wydobyć z takich tradycyjnych instrumentów…), a całość wieńczy równoczesny, gitarowy akord, który natychmiast skojarzył mi się z zakończeniem prawie siedmiominutowej wersji „Nie pytaj o Polskę”, pochodzącej z płyty Republiki, zatytułowanej „Bez prądu”. Podczas słuchania kolejnego utworu przypomniała mi się pewna historia. Kiedyś radiowa „Jedynka” w jednej z audycji odtworzyła koncertową wersję „Are You Lonesome Tonight?” Elvisa Presleya. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nazwano ją „wersją ze śmiechem”. Otóż coś – być może zachowanie publiczności - tak rozbawiło „Króla”, że - mimo usilnych prób – nie udało mu się dośpiewać piosenki do końca. Pozostał zespół, grający swoje oraz perlisty śmiech Elvisa, przerywany krótkimi „Oh, God…” i „Oh, Lord…”. A co rozbawiło Marka Gałązkę podczas śpiewania frazy „Albo na młode zboże”? Również nie wiadomo. Większość wokalistów w takim przypadku wyrzuciłaby cały utwór, uznając go za wypadek przy pracy. Marek Gałązka tego nie czyni, bo zależy mu na przekazaniu niezafałszowanego wizerunku zespołu, który już nie istnieje. I wreszcie prawdziwe opus magnum – „Piosenka dla każdej prawdziwej guliwerki”. Nie jest to „Stachura podstawowy”, lecz liryczny. To nie jest – jak mówił występujący w przedstawieniu „Stachura, czyli List do Pozostałych” Andrzej Chyra – „facet, który czuje się wolny jak ptak, nie przejmuje się rodziną, biega z gitarą, gdzie go oczy poniosą”. Piosenka jest bardzo osobistą, intymną niemal wypowiedzią autora, która nie nadaje się do chóralnego wyśpiewywania przy ognisku. To jedna z tych piosenek, przy słuchaniu których przerywa się jakąś czynność w połowie, siada się i słucha, otwierając oczy i usta ze zdumienia, które wywołuje każda kolejna fraza. To kwintesencja poezji śpiewanej, którą otwierają smutne skrzypce, a głos Marka G. – gdy śpiewa po raz czwarty „wiecznie młodego narzeczonego” – porusza się w niespotykanych dotąd rejonach. To ważna piosenka i bardzo dziękuję Markowi Gałązce, że zdecydował się ją na tej płycie umieścić. Pojawiające się w niej proroctwa („nieraz potopem zaleją cię łzy / będziesz rwać włosy z głowy niemocy, rwij / będziesz z rozpaczy wyć wniebogłosy, wyj”) są – nawet, jak na Stachurę – dość brutalne i pod tym względem przypominają to, co Jacek Kaczmarski zapisał w „Pannie”:

„Po stokroć będziesz bezczeszczona,
Spadnie na Ciebie obelg grad.
Własna oczerni Cię obrona,
Nigdy nie przebrniesz Morza Zdrad

Pojawią się krzywoprzysięzcy
Źli, że podlejsi są niż Ty.
Założą Ci na dłonie więzy,
Ramiona schłoszczą Ci do krwi.

Wystawią Cię na pośmiewisko,
Sami się z Ciebie będą śmiać.”

Na tym nie koniec – dalej jest jeszcze gorzej: „Gotowa bądź na grób zbiorowy”, „Imieniem Twoim gębę wytrze / Złoczyńca, łajdak, żołdak, kat. / Rzekną, żeś praprzyczyną zniszczeń / Jakich przez wieki zaznał świat”. I jeszcze rada: „Pozostań ufna, lecz ostrożna, / Przebiegłym nie ułatwiaj gry. / Nie będzie mniej żarłoczny pożar, / Jeśli w nim pierwsza spłoniesz Ty”.

Bardzo długo szukałem odpowiednich słów, które oddawałyby uczucia, jakie pojawiają się po wysłuchaniu „Trzeciorzędu” Jana Wołka. W końcu zrobiła to za mnie 25 – letnia Ania, doktorantka socjologii i raperka. W artykule, zatytułowanym „Piosenki na rozstanie”, a opublikowanym w „Wysokich Obcasach”, piosenkę PJ Harvey „Down by the Water” podsumowała krótko: „Czysta depra. Nic, tylko pociąć się w wannie”. Tak ogromne stężenie czarnej, kleistej rozpaczy i absolutnego braku nadziei jest również w siedemnastu piosenkach Wołka. „Piosenki Edwarda Stachury…” natomiast przypominają zaskakująco optymistyczny, wieńczący „Trzeciorzęd” utwór, zatytułowany „A jednak idę”. Wprawdzie wiele się tu śpiewa o przychodzeniu z góry do bruku, nożu i żyłach czy smudze cienia, ale jest to zrównoważone tekstami typu „Piosenka szalonego jakiegoś przybłędy” czy „Nie rozdziobią nas kruki”. Słuchając tej płyty, możemy na chwilę przynajmniej zapomnieć o tym, że – jak w „Do Piotrowskiego – poety” pisał Andrzej Garczarek – „Stachuro Stachuro ty już idziesz górą / a nam tu w dolinie gorzko i ponuro…”. Trudno uwierzyć, że ktoś, kto w swoich piosenkach nieustannie afirmował życie, w dzienniku pisał „Mam 42 lata, a tak się czuję, jakbym dźwigał ich 420” czy – na dziesięć dni przed swoją śmiercią – „Jak ciężko jest dać ten jeden krok. Od paru dni wstaję i mówię sobie: Gdybym to zrobił wczoraj, dzisiaj już nie musiałbym się męczyć”.

Mirosław Czyżykiewicz w rozmowie z Ewą Gil – Kołakowską, zatytułowanej „Cudne manowce”, a zamieszczonej w książce „Mam jedno oko zielone…”, mówił:”(…) Dziś każdy interesuje się tym, jak zarobić, jak przetrwać, jak przeżyć. Lub przeciwnie – jak kupić coś droższego, bardziej ekskluzywnego i wyrafinowanego…A tu nagle Sted ze swoją oryginalną filozofią i kosmicznym światopoglądem. On nawiązywał do motywu wiecznego tułacza, człowieka w drodze, wędrowca, który nie może sobie znaleźć miejsca, nie może pogodzić się z tą postmodernistyczną rzeczywistością końca historii…Stachura stworzył nowy polski język. Język uniwersalny, bo Sted był postacią uniwersalną. Był i jest, ponieważ zawsze pojawiają się ludzie, którzy poszukują własnej prawdy, szukają własnej drogi poprzez cudne manowce”. To prawda, lecz ja dodałbym jeszcze coś od siebie. Jan Krzysztof Kelus napisał w lipcu 1982 roku piosenkę, zatytułowaną „Przed nami było wielu(czyli Cohen po polsku)”. Oto jej fragment:

„A może będziesz wolał
gdy wrócisz już z powrotem
śpiewać o nieznajomej
spotkanej w „Chelsea Hotel”
o wszystkich co przed nami
na chwilę przed rozłąką
kochali się w hotelach
kochali się na łąkach…
…a potem ktoś odchodził
choć przedtem się kochali
a ciebie, kurwa, zawsze
zwyczajnie nabierali”

Zmieniają się pory roku i ustroje, ale wciąż ktoś kogoś kocha, ktoś zdradza, ktoś odchodzi…niech spostrzeżenia Czyżykiewicza i moje będą odpowiedzią na czyjeś ewentualne pytanie: „Po co w ogóle w XXI wieku śpiewać Stachurę?”.

Na www.galazka.pl wyczytałem, że w repertuarze „ Po Drodze” znalazły się między innymi piosenki do słów Ryszarda Milczewskiego – Bruno. Jego wiersze po raz pierwszy usłyszałem na płycie „Przejazdem” Grupy Sekret Franciszka. Świetne teksty i fenomenalne wykonanie. Przecież te wszystkie „gacki upiornych westchnień”, „krowie łaty na płotach”, „buraków walce”, „lalki lnu”, „wysokie napięcie snu”, „wagoniki krzyku w bursztynową dal” to jest poezja czystej wody! Cudownie odrealniona, surrealistyczna niemal, a zarazem bardzo konkretna – za sprawą majaczących w tle polskich pejzaży. Frazy „malwy szczypią dach konduktor pies” oraz „morza czerwone światło bez rąk na organkach gra” mogę skomentować tylko w jeden sposób – cytując Jacka Kaczmarskiego, zapowiadającego na płycie „Bankiet” słynną „Celinę” Stanisława Staszewskiego – „Do dzisiaj nie rozumiem, jak można coś tak cudownego napisać”. My już dawno zatraciliśmy zdolność takiego myślenia o naturze – tkwimy zamknięci w klatkach ze szkła i stali i drżymy na myśl o tym, że do naszych sterylnych, nieskazitelnie czystych domostw mógłby się dostać łyk świeżego powietrza czy – nie daj Boże – jakiś mogący nas uczulić pyłek.

Wracając do Stachury – te dziewiętnaście piosenek przecież nie wyczerpuje tematu. Wprawdzie na płycie „Marek Gałązka. Po Drodze Przystanek Olecko” można posłuchać „Doliny w długich cieniach” czy „Urodzin”, ale – jak pisał we wstępie do swojego tomiku, wydanego w serii Biblioteka Bardów, Leszek Wójtowicz – „Tyle jeszcze do wyśpiewania”. „Czas płynie i zabija rany”, „Tango Triste”, „Błogo bardzo sławił będę ten dzień”, „Kim właściwie była ta piękna pani…”… wciąż pamiętam „Wędrówką jedną życie jest człowieka”, zaśpiewane przez naszych żołnierzy podczas mszy w Camp Babilon po tym, jak w Iraku zabito Waldemara Milewicza i Mounira Bouamrane…

W czasach, kiedy Marek Gałązka zakładał zespół „Po Drodze”, wypowiadali się artystycznie tylko ci, którzy mieli coś ważnego do przekazania. Dzisiaj może mówić każdy, więc na każdym kroku różni „tfurcy” zalewają nas – jak pisał JK w „Dance Macabre” – „bełkotu breją”. Już nie trzeba mieć talentu – wystarczy komputer i odpowiedni program do „robienia muzyki”. Teksty z kolei pisze się na kolanie. Dlatego właśnie trzeba przypominać światu o istnieniu kogoś takiego, jak Stachura, a także o takich rarytasach, jak „wspomnieniowa” płyta Marka Gałązki z zespołem „Po Drodze”.
Tomasz Klauza

                           

Ostatnia zmiana: 14 lipca 2006 w@m